Filmowe i serialowe produkcje serwisów streamingowych, które właśnie przeżywają szczyt swojej świetności, od lat prezentują różne wizje apokalipsy. The Walking Dead, The Rain, 12 małp etc. pokazują nam, co może się stać, kiedy „coś pójdzie nie tak”. Byliśmy więc gotowi na braki w dostawie prądu i zombie spacerujące po ulicach miast. Nikt nie spodziewał się, że prawdziwa apokalipsa przyjmie formę przymusowego home office i stresu odczuwanego po wyjściu z toalety – trzy kawałki papieru toaletowego to przypadkiem nie za dużo?
Pierwszy dzień wiosny przypadał niedawno, bo 20 marca. Polacy, jak co roku zmęczeni szarą zimą i spragnieni witaminy D, otworzyli oczy obudzeni ciepłymi promieniami słońca wpadającymi przez okna domów i mieszkań. Przez pierwsze kilka minut tego dnia poczuli się dobrze – to jest, jeśli od razu nie włączyli telewizora lub nie przejrzeli najświeższych aktualizacji w sieci.
Jeszcze niedawno każdy poranek wyglądał podobnie. Wstawaliśmy, szykowaliśmy śniadanie i włączaliśmy telewizor, żeby posłuchać o pogodzie. Dojeżdżając do biura nieco narzekaliśmy na korki, deficyt snu i rutynę. Czy teraz, włączając telewizor, ktoś od razu przedstawia nam pogodę? Czy mamy jak poskarżyć się na cokolwiek współpracownikom przy porannej kawie?
Czy to możliwe, że zaczęliśmy już tęsknić za naszą rutyną?
Społeczeństwo dzieli się na pół
Chcemy powrotu normalności, powrotu swoich znienawidzonych rutyn, bezpośredniego kontaktu i słońca. Część z nas na bieżąco śledzi wszystkie informacje dotyczące wirusa, część unika tematu jak ognia, bo zwyczajnie się boi. A tak, jest jeszcze część, która się wcale nie przejmuje. Każdy natomiast otrzymuje te same komunikaty – dookoła pełno artykułów, wywiadów, postów w social mediach, tekstów, komentarzy, wiadomości – wszystkich dotyczących tego samego.
Koronawirus, mimo że stosunkowo nowy, nie wydaje się już zagadką, mistyczną formą zabójcy, z którym w okamgnieniu przyszło się zmierzyć światu. Specem od epidemii momentalnie stali się bowiem wszyscy – rolnicy, piloci, manicurzystki, celebryci, sportowcy. Zdawałoby się, że dla tego toksycznego związku wiele z nas straciło głowę – a powinniśmy się już nauczyć na błędach, prawda ? :) Może to tylko nasza drobna słabość…
Zmiany w strategiach komunikacji i narracji, prowadzonych przez wiele firm, widać już gołym okiem. Wszystkie informacje wydają się nieco podkręcone i nagięte w stronę tego, o czym mówi się najwięcej – bo jak inaczej przebić się z komunikatem? Dyskusji przepełnionych strachem i bezkompromisową walką o przetrwanie jest więc cała masa. Czy w dobie tak dużej uwagi poświęcanej fake newsom komuś ujdzie to na sucho?
Z naszej perspektywy
Obowiązkiem osób, które zajmują się komunikacją, jest (zazwyczaj) wyjaśnianie otoczenia i pokazywanie sposobów, w jakie można skorzystać z jego bogactwa. Stale poszerzamy swoją wiedzę, odkrywamy nowe sektory, tak by móc doradzać prawie każdemu i prawie we wszystkim. W momencie takim, jak ten, możemy jednak otwarcie powiedzieć – na tym się nie znamy. Nie jesteśmy ekspertami od globalnych epidemii i nie próbujemy udawać, że jest inaczej. Tak jak Wy, jesteśmy jedynie świadkami wpływu epidemii na gospodarkę, naukę, społeczeństwo oraz dotychczasowe plany i marzenia.
Jako konsultanci PR często lubimy mówić, że działamy w służbie innowacji, technologii i cyfryzacji. Teraz idziemy w drugim rzędzie. Pierwszy, najważniejszy, przejmuje prawdziwa służba, do której powinien należeć monopol na tematy epidemiczne. Oczywiście chodzi o lekarzy i wszystkie osoby pracujące w ośrodkach zdrowia – ludzi, którzy stali się bohaterami codzienności. Tfu, zawsze byli – ale nie wszyscy to dostrzegali.
Społeczeństwo dzieli się na pół
Introwertyk, a ekstrawertyk – czy to ma tu znaczenie, jeśli chodzi o radzenie sobie z nakazywanym #socialdistancing? Jakiś czas temu pisałam materiały dotyczące definicji zdalnej pracy, m.in. o jej bezstresowym wymiarze. Nie sądzę jednak, że moje własne słowa mogły przygotować mnie na to, co dzieje się teraz. Bezstresowa praca? Prościej jest mi utożsamić się z tekstami o tym, jak łatwo stać się niewolnikiem samotności.
Dla części kwarantanna to moment odpoczynku. Czas na przeczytanie Freuda, wydzierganie szalika, dopracowanie asan w jodze. Dla drugiej połowy to próba, test, nauka – spędzania czasu samemu (jednostronna konwersacja ze zwierzakiem nadal nie uchodzi za szaleństwo?). Na to nikt nas nie przygotował. O tym nie uczyli w szkołach. Mamy prawo być zagubieni, nie wiedzieć co robić, trochę powariować.
Użytkownicy Internetu jak zwykle pospieszyli więc na pomoc. Jak przystało na specjalistów, mają na kwarantannę pełno przepisów – 10 najfajniejszych seriali do odświeżenia, najciekawsze książki jakie masz na półce, najlepsze stylizacje na home office (słucham?). Niektóre portale pytają także swoich współpracowników, czy zakładają spodnie na telekonferencję. Wiadomo, pewnie większość z nas zrobiła zaległe porządki – mój arsenał roślin też zyskał nowe doniczki i świeżą ziemię. Tylko w którym momencie zgodziliśmy się zrobić z kwarantanny jakiś rodzaj lifestyle’u?
Z założenia miałam też coś polecić i zmotywować. Np. jak oddzielić pracę od domowych obowiązków? Jak poradzić sobie z kwarantanną? Jak zamienić mieszkanie w centrum wellness dla duszy i ciała? Co zobaczyć i czego posłuchać?
Nie wiem.
Są rzeczy, które każdemu z nas pomagają przejść przez kolejny dzień, jednocześnie nie wymagając od nas postawienia kroku za drzwi. Wszyscy mają swoje małe, budujące rytuały, które utrzymują umysł w dobrej formie. Może wcale społeczeństwo nie dzieli się jednak na pół?
Dla każdego z nas ta sytuacja to coś nowego. Nie ma gotowych przepisów i ram, w które można zamknąć dane części dnia, uniwersalnych metod na ułatwienie całego procesu i zaklęć, które sprawią, że wszystko będzie jasne. Media, oczywiście, pracują nad tym, żebyśmy czuli inaczej, że na wszystko da się znaleźć odpowiedź. Dlaczego?
Bo przecież każdy jest specjalistą od koronawirusa – tylko nie ja.









